OSZUSTWA NA KURSY JĘZYKOWE: NA CO UWAŻAĆ I JAK SIĘ PRZED NIMI USTRZEC?

Photo by Muukii on Unsplash


Kursy językowe są w dzisiejszych czasach szalenie popularne i wyrastają jak grzyby po deszczu. Teoretycznie to bardzo dobrze, ponieważ w zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie. Praktycznie jednak w gąszczu ofert nie zawsze łatwo się połapać, w dodatku – i na tym się dzisiaj skupię w niniejszym tekście – nie wszystkie są uczciwe.

Oszustwa “na kurs językowy” irytują mnie w szczególności – nie, żeby inne rodzaje oszustw były lepsze, ale tutaj sprawa jest, można by rzecz, osobista. Bo wiecie, jak człowiek naprawdę próbuje promować naukę języków obcych, stara się zachęcać i motywować, a tu z drugiej strony jakieś pseudo-firmy i pseudo-biznesmeni wykorzystują tę motywację żeby kogoś oskubać na często-gęsto grubą kasę, to mi ciśnienie skacze do sufitu i mam ochotę naostrzyć widły. Czy w ogóle takowe widły posiadam to temat na inną dyskusję…

Dlatego dzisiaj chcę opowiedzieć o przypadkach takich oszustw, o których sobie ostatnio poczytałam, a na koniec spróbować ułożyć krótki poradnik odpowiadający na pytanie “jak nie dać się oszukać”.

Jakie przekręty się zdarzają?

Po pierwsze i najważniejsze zaznaczę, że to w żadnym razie nie jest kompletna lista. Profesjonalni oszuści, powiedzmy sobie szczerze, bywają dość kreatywni – to jest w końcu ich…ekhem “praca”. Dlatego też tutaj podam co najwyżej przykłady.

Najpierw jednak ogólnie wyjaśnię jak zazwyczaj taki przekręt działa. Otóż mamy śliczną stronę internetową z objaśnieniem wspaniałej niepowtarzalnej metody nauki języka o nazwie np. Metoda <niby-mądra-nazwa lub niby-nazwisko-poligloty>.
np. Metoda Easy Phrases, Quick Speak, Krebsa, Active Speaker i wiele innych.

Następuje krótki, wypełniony mądrze-brzmiącymi acz często pustymi słowami opis tej metody.

Dalej często mamy gwarancję, że korzystając z owej metody opanujemy język w stopniu płynnym, komunikatywnym, że będziemy mówić niemalże jak rodzimy użytkownik języka w n tygodni, gdzie n, że się tak matematycznie wyrażę, jest 2<n<6.

Często występuje również trochę psychologiczno-kognitywistycznie brzmiącego bełkotu o tym, że tak na co dzień wykorzystujemy bardzo mały procent faktycznego potencjału naszego mózgu, a niniejsza Wspaniała Metoda w bliżej niezrozumiały sposób sprawia, że język nam do głowy wpadnie sam, bez wysiłku z naszej strony i bez poświęcania temu uwagi. Tak trochę mimochodem. O właśnie – bardzo często pojawia się porównanie, że będzie się to odbywać w taki sam sposób jak małe dzieci uczą się języka – bez książek, bez ślęczenia nad słówkami, a jaki efekt!

Na stronie mamy podać swoje dane, zamawiamy w ten sposób kurs drogą pocztową i zabawa się zaczyna. Przychodzi pierwsza paczka z płytkami CD za 100+ zł i okazuje się, że choć faktycznie jakiś angielski/niemiecki/itp. tam się pojawia, to jednak po dwóch ani nawet po trzech tygodniach językiem nie władamy szczególnie lepiej niż przedtem. A pieniądze z portfela nam ciekną…

Okazuje się wtedy, że jak chcemy przerwać kurs i więcej nie płacić i nic nie otrzymywać, to umowa przewiduje ogromniastą karę za zerwanie, taką, że włos się na głowie jeży. W tym momencie wiemy już na pewno, że zostaliśmy wkręceni w jakieś ogromne świństwo.


Inna wersja, o której czytałam [parz: źródła na końcu wpisu] jest taka, że oszuści próbują sprawić wrażenie, że oferują kurs współfinansowany przez Unię Europejską. Strona, na której oferowany jest kurs, ma często sporo gwiazdek na niebieskim tle oraz mówi o “współfinansowaniu” – nawet jak nie wspomina dosłownie o UE, to usilnie stara się, byśmy odnieśli takie wrażenie. UE ma rzekomo współfinansować więcej niż 70-90% ceny kursu, a że kurs jest Wspaniały i tworzony przy pomocy Wspaniałej Metody, no to wiadomo, że te pozostałe ~20% ceny i tak wynosi ponad 100 zł za “jednostkę” kursu (czyli na przykład paczkę).

W strategii na “dofinansowanie z UE” pojawia się jeszcze taktyka, w której – gdy chcemy się zapisać na dany kurs – firma musi najpierw “sprawdzić”, czy się “kwalifikujemy”. To tylko sprawia, że bardziej chcemy ten kurs zyskać, bo skoro nie każdy może…

Ciekawym zbiegiem okoliczności wszyscy zainteresowani się “kwalifikują”, ale tego już nam oczywiście nikt nie powie.

I tutaj jest podobnie, kiedy skusimy się na ofertę, paczki przychodzą, a wiedza już niekoniecznie, a na pewno nie w wymiarze obiecanym przez reklamę. Co więcej, kiedy chcemy się z takiej oferty wycofać, sprawa robi się od razu nieprzyjemna – warto poczytać o takich przypadkach na serwisie Niebezpiecznik [patrz: źródła].

Czy wszystkie kursy internetowe to przekręty?

Jak się pewnie spodziewacie – nie. Uznałam jednak, że zwłaszcza w takim wpisie warto to zaznaczyć, bo jak sobie człowiek poczyta o tym, że na każdym rogu chcą go oskubać, to łatwo popaść w drugą skrajność i na wszelki wypadek trzymać się z dala od wszystkiego, a być może i od całej tej nauki języka, bo to jak widać piekielnie skomplikowane i niebezpiecznie przedsięwzięcie.

Dlatego chciałam przestrzec, że nie – jest wiele firm, które oferuje rzetelne kursy zarówno online jak i korespondencyjne. I z oferty wielu z nich warto skorzystać, zwłaszcza jeśli czujemy, że stałe godziny zajęć w tygodniu są zwyczajnie nie dla nas. Internet to wspaniałe narzędzie, które umożliwia nam przeskoczenie wielu problemów, które wcześniej byłby nie do przejścia.

Po prostu tej kij ma dwa końce i to od nas zależy, czy uda nam się odróżnić jeden koniec od drugiego.

Jak odróżnić uczciwy kurs od przekrętu?

Tutaj postaram się zebrać kilka rzeczy, o których warto pamiętać, kiedy rozważamy kupno kursu przez internet.

  1. Jeśli kurs oferuje za dużo i za szybko – jest podejrzany.

“Angielski w 2 tygodnie”, “Angielski w 5 tygodni” ani żaden inny “Angielski w n tygodni” nie wzbudzi mojego zainteresowania, a co najwyżej irytację.

Czy taki slogan brzmi fajne? No oczywiście, że brzmi; każdy by chciał się nauczyć języka od zera do bohatera w kilka tygodni, a tutaj wygląda, że mamy to na wyciągnięcie ręki.

Nikt nie chce słyszeć, że w rzeczywistości nie mamy, a nauka języka to bardzo długotrwały i mozolny proces, którego się nie przeskoczy.

I proszę, nie mówcie mi tu o poliglotach, którzy rzekomo opanowywali nowy język w dwa tygodnie. Ja nie twierdzę, że językowi geniusze nie istnieją… i nie twierdzę też, że istnieją. Ja po prostu dla własnego spokoju ducha nie chcę o nich słyszeć.

Nie wiem jak wy, ale ja nie jestem lingwistycznym geniuszem – choćbym przestała jeść i spać i mrugać, nie opanuję żadnego języka w dwa, ani w trzy, ani nawet w sześć tygodni.

I wy też go tak szybko nie opanujecie. Jakby się dało, to nikt by nie potrzebował studiów językowych – weekendowe kursy załatwiłyby sprawę, a cały świat śmigałby w kilkunastu językach na raz.

Wierzcie mi, gdybyście byli językowymi geniuszami, już byście się o tym dowiedzieli. Nie, magiczne pokłady poliglotyzmu nie tkwią uśpione w waszych mózgach, tylko czekając, aż pewnego dnia jakiś Wspaniały Kurs ich nie obudzi.

Z pozytywnych stron, warto wspomnieć, że nie musicie być językowymi geniuszami, żeby opanować swój wybrany język obcy.

Jeśli reklama wam mówi, że opanujecie język w kilka tygodni, kłamie. Ale jeśli wam mówi, że nigdy nie opanujecie języka bez niej, to… też kłamie.

Jest mnóstwo sposobów i mnóstwo opcji, i jeśli nawet przypadkiem wpakowaliście się w jakąś niezadowalającą, to nic tylko otrzepać się i szukać dalej.

  1. Jeśli na kurs trzeba się zdecydować już, zaraz, teraz – jest podejrzany.

Ktoś do was dzwoni, puka, strona internetowa miga wam przed oczami, że Wspaniała Oferta na Wspaniały Kurs wygaśnie za 10…9…8… to my mówimy: niech sobie wygaśnie.

Jak wspominałam, różnorakich ofert jest na pęczki. Polecam więc robić coś, czego ja sama próbuję się nauczyć, mianowicie: nie podejmujemy decyzji pod presją czasu. Nie takich, które możemy uniknąć, czyli m.in. decydowania się na kursy językowe czy jakiekolwiek inne zakupy.

Bo wiecie, jak ktoś mi coś oferuje i mówi, że Oferta jest Wspaniała, to jak mnie faktycznie kusi, żeby skorzystać, mówię, żeby zadzwonili następnego dnia, bo muszę to przemyśleć. I jak się zgodzą zadzwonić następnego dnia, to faktycznie się nad sprawą zastanowię. Ale jeśli mi powiedzą, że a Oferta jest tylko ważna przez najbliższe 5 minut, to zawsze odmówię.

Nawet nie dlatego, że to na pewno jest podejrzane, ale właśnie dlatego, że jak ktoś mnie zmusza do podpisania umowy, nie dając czasu do namysłu, to ja z założenia nie będę ufać ani jemu, ani sobie, że podejmę słuszną decyzję. A jak nie ufam, to lepiej odpuścić, bo jak wspominałam, ofert jest na pęczki.

  1. Jeśli kurs powołuje się na jakąś Super Metodę Nauki Języka, wrzuć tę metodę w Google i zobacz co ci wyskoczy.

W skrócie, warto się upewnić, czy taka metoda w ogóle istnieje.

I teraz ważna rzecz: zwróćcie uwagę na to, żeby nie sprawdzać tego na stronie samego kursu, albo na innych stronach, które firmują ten kurs. Sprawdźcie na Wikipedii. Sprawdźcie co piszą osoby na forach językowych.

Wyszukajcie “oszustwo <nazwa metody>”, “uważaj na <nazwa metody>” i różne wariacje tego typu. Jeśli nie znajdziesz w ten sposób żadnych artykułów, które ujawniają niecne praktyki, możesz jeszcze sprawdzić “<nazwa metody> opinie” i poczytać opinie, które znajdziesz poza stronami oferującymi ten kurs.

Na przykład na forach językowych lub na grupach na FB, które nie są stroną Facebooka danej firmy. Stronę FB danej firmy też możecie sprawdzić, oczywiście, ale na opinie stamtąd patrzyłabym z pewną dozą niepewności.

W skrócie, zróbcie research. A jeśli na ofertę musicie się zdecydować tak szybko, że nie macie czasu na research, przeczytajcie raz jeszcze punkt 2.

A co, jak już cię oszukali?

Na to pytanie niestety nie mam idealnej odpowiedzi, przynajmniej w kontekście “jak wyciągnąć od oszusta swoje pieniądze z powrotem”. Nie jestem prawnikiem, więc też nie czuję się kompetentna, żeby wam sugerować jakiekolwiek rozwiązania prawne – o tym musicie poczytać i popytać na własną rękę. Mogę wam za to dostarczyć punkt startowy, gdzie warto zacząć takich odpowiedzi szukać.

Tu macie link prowadzący was do strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a dokładniej od razu do artykułu dotyczącego Rzeczników Konsumentów, wraz z opisem ich kompetencji oraz linkiem do bazy instytucji udzielających pomocy konsumenckiej.

Tu macie podstronę UOKiK, na której możecie poczytać sobie o Prawach Konsumenta, a konkretnie macie link do artykułu o Prawie Do Odstąpienia Od Umowy (w przypadku kupna/sprzedaży na odległość, np. przez Internet).

I tu, dla różnorodności, daję wam jeszcze jeden serwis z informacjami o Prawach Konsumenta, tym razem już z linkiem zbiorczym do różnych artykułów na ten temat.

Sama nie wiem jaka jest szansa, żeby odzyskać stracone pieniądze, ale na pewno nie zaszkodzi wam poznać wasze prawa. A jeśli rzecznik konsumenta dostanie odpowiednio wiele informacji na temat danego Wspaniałego Kursu, to na pewno sprawy nie zostawi.

Wydaje mi się, że warto też raz po raz zerkać do serwisu Niebezpiecznik, który zajmuje się różnorakimi sprawami związanymi z bezpieczeństwem w sieci i między innymi tropi właśnie nieuczciwych sprzedawców. Pod koniec wpisu znajdziecie odnośniki do ich artykułów, z których czerpałam informacje do tego wpisu.

I na koniec chciałam poruszyć bardzo ważną kwestię:

Jeśli jakiemuś nieuczciwemu sprzedawcy – czy to kursu językowego, czy lodówki lub żelazka – udało się ciebie naciągnąć, nie obwiniaj się. Osobiście wydaje mi się, że poczucie winy oraz wstyd nie dość, że nam nie pomaga, to jeszcze ostatecznie może być na rękę nieuczciwym firmom czy sprzedawcom.

Chodzi o to, że głupio się przyznać innym ludziom, że “daliśmy” się złapać i naciągnąć, więc nie będziemy chcieli o tym opowiadać. A właśnie rozpowszechnianie informacji o tym, że dana oferta jest nieuczciwa, najskuteczniej zneutralizuje zagrożenie. Więc oczywistym jest, że tacy “sprzedawcy” będą chcieli niepochlebnych opinii uniknąć.

Nie jest to łatwe, ale myślę, że jak już wykopiemy się ze studni przygnębienia i poczucia winy, warto podzielić się swoją historią.

A jeśli w odpowiedzi ktoś wam powie “sam/a jesteś sobie winny/a! Przecież to było oczywiste, że ple ple ple!”… to hmm. Jakby to ująć… myślę, że ci, co najgłośniej się śmieją, sami dwa dni później wpadną w jakąś inną tego typu pułapkę; z tą różnicą, że oni w życiu się nie zdobędą na to, żeby tę sytuację opisać i ochronić przed nią innych.

Chcę was więc zostawić z dwoma myślami. Po pierwsze: jak widzicie, że ktoś dzieli się z wami historią tego typu, warto to docenić, bo to znaczy, że ta osoba właśnie przełknęła własną dumę po to, żeby was potencjalnie ochronić.

Po drugie: ludzie, którzy tworzą nieuczciwe oferty w Internecie są często profesjonalistami w tym, co robią (jakkolwiek by to nie brzmiało). Oni zarabiają na chleb (*lub, co bardziej prawdopodobne, na Lamborghini) tym, że was oszukują. Dlatego o ile nie zajmujecie się zawodowo wykrywaniem takich ofert, naprawdę uważam, że nie powinniście się obwiniać, jeśli taka sytuacja wam się przydarzy. Następnym razem będziecie ostrożniejsi, ale tym razem to też nie była wasza wina. Wina jest po stronie oszustów i uważam, że dla naszego zdrowia emocjonalnego warto to bardzo wyraźnie podkreślać.


Żeby formalnościom stało się zadość, sama przytoczę jedną taką dość parszywą historię, która mnie do dzisiaj kłuje z irytacji. Otóż jakieś 2-3 lata temu chciałam kupić japońsko-angielski słownik obrazkowy, bo widziałam taki u swojej koleżanki i bardzo mi się spodobał. Znalazłam go na stronie językowa24.pl (ta strona obecnie już nie istnieje), zamówiłam, przyszło potwierdzenie zamówienia i kwota do zapłaty. Zapłaciłam.
Słownika do dzisiaj nie dostałam. Kontakt ze sklepem się urwał, na maile nie odpisywali, telefon milczał. Kasa poszła w błoto. I cieszę się tylko, że straciłam jedynie dwucyfrową kwotę, bo mogło być o wiele gorzej. Ale jak sobie o tym przypomnę, to gotuje się we mnie nawet dzisiaj.

Inna sprawa, że jak później zaczęłam przeglądać opinie o tym sklepie, to sprawa od razu się robi jasna, że to był Przekręt przez wielkie P. Ale wtedy jeszcze nie Googlowałam za każdym razem frazy “ opinie”. A nuż by mnie to wtedy ochroniło. Niemniej jednak od tego czasu staram się sprawdzać takie sklepy, chociaż kurcze, powiem wam, po dziś dzień mi się zdarzy, że coś kupię, a dopiero potem sobie uświadomię, że porządnego researchu nie było. I potem pluję sobie w brodę i zostaje mi mieć nadzieję, że tym razem mi się upiecze.

Ale hej, jesteśmy ludźmi i nigdy nie będziemy idealni. Ale jak już przez większość czasu się będziemy pilnować, to i tak lepszy rydz niż nic.


To tyle na dzisiaj! Ciao!

Źródła:

Niebezpiecznik: „Uważaj na kursy językowe z „dotacjami”

Niebezpiecznik: Kolejny wysyp kursów językowych z „dotacjami”

Wyborcza – Radom: Uwaga na oferty kursu nauki języków obcych. Kolejna próba oszustwa

Wyborcza – Radom: Nauka języka nowatorską metodą i z dofinansowaniem? Na takie oferty lepiej uważać

9 myśli w temacie “OSZUSTWA NA KURSY JĘZYKOWE: NA CO UWAŻAĆ I JAK SIĘ PRZED NIMI USTRZEC?

  1. to niesłychane, ilu oszustów czai się w internecie, albo lektorów-oszołomów. A potem jak im mówię ludziom, że nauka języka to długie lata, to robią wielkie oczy. Ostatnio widziałam, jak jeden ‚nauczyciel’ się reklamował gdzieś na FB sloganem o tym, że istnieją tylko 3 czasy w j. angl….A to już blisko to ‚wystarczy ci 100 słów do mówienia płynnie xD’

    Ze swojej strony mogę polecić jedną rzecz: jeżeli nie mamy możliwości czegoś kupić na allegro/amazonie, gdzie jest jakaś ochrona kupujących i sprzedawcy boją się robić przekręty, wtedy lepiej płacić kartą, bo istnieje coś takiego jak ‚chargeback’ i możemy napisać do naszego banku i oni z dużym prawdopodobieństwem w przypadku takiego oszustwa oddadzą nam pieniądze jeżeli prześlemy im maile/rachunki. Potwiedzam, że to działa w ING. Więcej o tym pisze Michał Szafrański na swoim blogu

    Polubienie

  2. Potrzebny artykuł. Dodałabym jeszcze oszustów z YouTube. Niektórzy reklamują się na rożnych serwisach społecznościowych. Chwytliwa nazwa, entuzjazm rodem z amerykańskich pogadanek motywacyjnych i stek bzdur jeśli chodzi o sam język. Wszystko jest proste i wszystkiego można się nauczyć w 10 minut. Tylko nie dodają, że to ich własna wersja, wymyślona, żeby było prosto i atrakcyjnie. Dzięki temu filmik zyskuje popularność, będą reklamy, będzie kasa. A najsmutniejsze, że pod tymi filmikami na YouTube pełno komentarzy, że nareszcie ktoś zrozumiał, że faktycznie to takie proste i co ci durni nauczyciele w szkołach robią, nie potrafią niczego nauczyć.

    Polubienie

    1. O, dziękuję za komentarz, YouTube’a tak dokładnie jeszcze nie zbadałam pod tym kątem, ale od teraz będę wyczulona na tropienie takich „magików”. Jakieś konkretne przykłady, od których „warto” zacząć?
      Jak najbardziej mogę sobie wyobrazić, że taka metoda na zbieranie lajków działa…tacy językowi populiści, że tak się wyrażę. 11 języków w 11 miesięcy… a potem osoby, które sumiennie się uczą jednego języka, a jest to na przykład ich pierwszy, czują się przytłoczone tą całą manią poliglotyzmu i rzucają wszystko w kąt.

      Polubienie

    2. heh ostatnio gdzieś na grupie językowej fb widzialam jak się jakiś pseudolektor chwalił tym, że są tylko 3 czasy w j. angielskim. Idąc tym tropem gramatyka jest jedna, a płatki śniadaniowe są bez azbestu. Porażka jakaś, No nie ma to jak robienie ludziom wody z mózgu, którzy już i tak w dużej części myślą, że języka nauczą się przez same ‚konwersacje’, a słownik to ‚google translate’

      Polubienie

      1. Hah no ja faktycznie nie wiem, czy jest się czym chwalić – tym, że nie zna się nauczanego przez siebie języka, czy tym, że potrafi się uprościć gramatykę tak bardzo, że aż zostają z niej same bzdury?
        Najgorzej, że robienie ludziom wody z mózgu często się nieźle sprzedaje. Niewiele osób zapłaci ci za mówienie, że nauka języka łatwa nie jest i trwa latami… ale za to mam wrażenie, że tych, którzy jednak za to zapłacą, naprawdę warto jest uczyć 😉

        Polubienie

    1. Wybacz, że tak długo musiałaś czekać, aż komentarz zostanie zatwierdzony. Nie rozumiem czemu, ale WordPress wrzucił mi go w kategorię SPAM i zupełnie mi umknął… a też wcześniej nie uświadamiałam sobie, że w ogóle powinnam sprawdzać. Dopiero się uczę obsługi interfejsu.
      Ale tak, jak się okazuje, przekręty są wszędzie i trzeba uważać na każdym kroku 😉

      Polubienie

  3. Zawsze najlepszy jest porządny research. Tak żeby nie dać się złapać na chwytliwe słowa. A jeszcze lepsze są kursy z polecenia. Takie, które zrobił ktoś znajomy i naprawdę jest z nich zadowolony. To najlepsza rekomendacja.

    Polubienie

    1. Prawda! …chociaż rozróżniłabym niestety między mój znajomy-znajomy, tj. ktoś z bliższego kręgu, z kim regularnie rozmawiam i komu UFAM, w przeciwieństwie do mój „znajomy” z FB, bo tutaj to można nieźle dać się zrobić. Przyjaciółce się zdarzyło, że ktoś ze „znajomych” ją próbował wciągać w jakąś piramidę finansową, więc… eh.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: